Forum Młodzi Literaci Strona Główna Młodzi Literaci
czyli co się dzieje, kiedy młodzież pisze
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy    GalerieGalerie   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Chcesz schudnąć przed Sylwestrem?
Kup Teraz a 30 dniową dietę otrzymasz za darmo!
Tylko 137 zł TRIZER + indywidualna dieta
Ciota

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Młodzi Literaci Strona Główna -> Opowiadania, powieści
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Słoneczko
Pawie Piórko



Dołączył: 27 Gru 2005
Posty: 21
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: z miejsca gdzie marzenia przeplatają się z rzeczywistością

PostWysłany: Nie 0:42, 07 Sty 2007    Temat postu: Ciota

tekst stary i nie poprawiony, ale żem dawno tu nie była to się nim z Wami podzielę Very Happy

Ciota*

*Cioty (złote baby, wróżki, czarownice) – kobiety zajmujące się u niektórych plemion starożytnych Słowian magią. Jak większość informacji dotyczących wierzeń słowiańskich informacje na ich temat przetrwały w tradycji ustnej i zostały spisane dużo później, tak więc informacje nie są stuprocentowo pewne. Kobiety, które nie posiadały magicznych mocy, ale posiadały rozległą wiedzę nazywano wiedźmami.

Spękaną od mrozu ziemię, tak jak nieruchomo stojące trzewiki przyprószyły pierwsze tego roku płatki śniegu. Hanna wpatrywała się w nie martwym wzrokiem, siedziała na ściętym pniu drzewa toteż było jej trochę zimno. Spojrzała na swoją kurną chatę, za skórami przybitymi do okiennic pobłyskiwały płomienie ogniska, które co chwila przecinał cień przechodzących gości. Wtem otworzyły się drzwi, w których w ufarbowanej na purpurę odświętnej sukni stała matka.
-Hanno, choć do domu! Gdzie się włóczysz wieczorem, zaraz będą postrzyżyny(1) Bolka!
-Już idę mamo.
Ciepło domu szybko zaróżowiło jej policzki, z paleniska na środku izby unosiły się kłęby dymu niechętnie wylatujące z chaty. Schyliła głowę ku klepisku by przejść w głąb pomieszczenia(2), dym z lekka szczypał w oczy, ale dobrze widziała rozstawione ławy zastawione dymiącymi potrawami, zza których szczerzyły się twarze sąsiadów. Usiadła obok Łucji, jedynej przyjaciółki, jaką miała w podgrodziu. Tylko jej rodzice byli chrześcijanami na przyjęciu. Hanna dziwiła się dlaczego przyjęli to głupstwo zamiast czcić bogów. Ostatecznie jednak to ich sprawa.
- Nudno jak cholera – zagadnęła Hanna
- Han! – Łucja oburzyła się, wciąż nie mogła przyzwyczaić się do ciętego języka przyjaciółki – Weź się trochę opanuj, a jak cię matka usłyszy?
- Ona i tak już nie ma do mnie cierpliwości.– uroczo wyszczerzyła równiutkie ząbki i nic sobie nie robiąc z zatroskania sąsiadki poczęła jeść z misy.
- Han…
- Mmm
- Wiesz, mam problem. Z wujem Jarogniewem… Ciągle łazi za mną, gdziekolwiek pójdę sama to on po chwili wyłania się nie wiadomo skąd i chce ze mną gadać. Mam już go dosyć!
- Mhm – rzeczowo odparła Hanna wymazując usta tłuszczem z mięsa.
- Łazi za mną i ciągle gada głupoty, ale najgorsze jest to, że łapie mnie a to za ramię, albo co gorsza poklepuje po pupie jak małą dziewczynkę… a przecież jesteśmy już duże, nie? Szesnaście lat to poważny wiek, z reszta wuj też tak mówi, w tym bardziej go nie rozumiem. Przytula mnie pocąc się i sapiąc przy tym tak nieznośnie, że nie mam do niego już sił. A tata śmieje się ze mnie i mówi że zmyślam.
Hanna wypluła przeżuwane mięso, co na szczęście uszło uwagi gościom.
- Co robił?
- Gadał…
- Nie, macał cię i sapał?
- Przecież mówię… może ma słabe serce i się męczy, chodząc tak za mną. Myślisz, że powinnam pójść z nim gdzieś i porozmawiać siedząc? Kilka razy zapraszał mnie do siebie.
- Niech cię bogowie bronią! Coś ty, oszalała? Przecież to zboczeniec. Nie rozumiesz? On .. no wiesz … blech!
Przez chwilę oczy Łucji wyglądały jak dwa księżyce w pełni.
- Nie mówisz poważnie?
- Jak najbardziej, obleśny typ.
- Ja tak nie chcę. Niech zdechnie marnie, fuj!
- To się da zrobić – zaśmiała się pod nosem przyjaciółka.
Rozmowę przerwało im wejście z małej izby ojca Hanny Mojmira z młodym Bolkiem. Rozpoczynał się obrzęd postrzyżyn. Wszyscy wstali prócz naturalnie rodziny Łucji i zaczęli śpiewać radosne pieśni. Bolko stanął przed ogniskiem, a ojciec w spektakularnym geście obciął mu długie włosy i przyjął za syna.
-Odtąd zwać cię będą Silimir synu mój!
Biesiadnicy na te słowa zmienili pieśń i zanucili słowa starodawne:

Od tej chwili jesteś synem mym
Mój ty Silimirze
Pod opiekę przyjmę wten
Nauczę jak mężczyzną być
Orać ziemię i łowić zwierzynę
Mój ty Silimirze
Od tej chwili jesteś synem mym
Od tej chwili będę o ciebie dbać
Uczyć mądrości i powagi
Zdobycia stada kóz.

Do ogniska podeszły dzieci i poczęły pląsać w takt muzyki. Po chwili do czeladki dołączyli się dorośli chętni do zabaw.
Wzrok Hanny pada na wuja Jarogniewa głupio podskakującego na środku klepiska.
- Chodź – chwyciła Łucję za rękę i pociągnęła za sobą. Dziewczyny przebiegły wśród tańczących, a Hanna celowo potknęła się o wuja i chwytając się jego włosów wyrwała ich kilka. Przebiegły prawie nie postrzeżenie, jedynie Jarogniew coś burczał o pięknych panienkach, ale tak niezgrabnych….
Otwierały już drzwi, gdy Łucja potrąciła ręką posążek Swaroga(3). Hanna wpadła niemal w szał, ściskała pięść z puklem włosów aż pobielały jej kostki.
- Co robisz głupia – wycedziła – chcesz sprowadzić nieszczęście?
- Matko przenajświętsza! Już podnoszę, nic się nie stłukło, zobacz - powiedziała przystawiając przyjaciółce figurkę pod nos.
- Nic się nie stało? – Hanna niemal kipiała – to posążek Swaroga, boga kowali! Chcesz by rozgniewał się na mojego ojca?
- Nie, - Łucja błagała o wybaczenie wzrokiem zbitego psa – przepraszam.
W odpowiedzi tylko mocniej chwyciła nadgarstek dziewczyny, która z bólu aż pisnęła.
Wybiegły na dwór. Wieczór panował już nad światem okrywając ziemię granatowym płaszczem. Hanna podążała w kierunku czarniejącej na tle nieba stodoły. Wpadły do niej pędem potykając się o drewno i słomę. Zaryglowały wrota. Łucja powiesiła na ścianie łuczywo i spojrzała na przyjaciółkę.
- I co teraz?
W jej głosie dało się wyczuć odrobinę sceptycyzmu. Hanna udała, że jej nie dostrzega i całkowicie poważnie odpowiedziała
- Załatwimy twojego wujka.
- Mhm – Łucja przedrzeźniała ton towarzyszki.
Hanna rozsiadła się na słomie i wyjęła spod sukien nożyce i kawał materiału. Zabrała się do roboty rzeczowo, najpierw wycięła z materii postać lalki, którą wypchała słomą, na koniec włożyła do środka wyrwane włosy znienawidzonego wuja i zaszyła grubą igłą.
- Co chcesz by stało się temu sprośnemu dziadowi? – spytała. Właściwie wuj był dość młodym mężczyzną, ale w wieku szesnastu lat wszyscy wydają się sędziwymi starcami, choćby mieli tylko rok więcej.
- Żeby zdechł – odparła żartem, zupełnie nie wierząc w sensowność poczynań panny na słomie.
- To się da zrobić – powtórzyła i jak poprzednio uśmiechnęła się tajemniczo.
Chwyciła źdźbło słomy i poczęła zawiązywać na szyi kukiełki supeł. Bezwstydnie go zwężała szepcząc przy tym coś pod nosem.
- Już – spytała Łucja. Zaczęła się trochę niecierpliwić, wyszły na dwór tylko w sukniach, a ziąb brał już ziemię w posiadanie.
- Tak, skończyłam – odrzekła triumfalnie i w tym samym momencie doszły ich krzyki z domu.
Wybiegły z szopy i pędem dotarły do chaty. Ich oczom ukazał się straszny widok. Wujek Jarogniew leżał na ziemi cały poczerwieniały z wybałuszonymi w sufit oczyma i wiszącym bezwładnie językiem. Ręce złożył na szyi, z pomiędzy palcy płynęła krew.
Łucja spytała zdrętwiałymi wargami
-Co się stało?
Matka Hanny podbiegła do dziewczynek podprowadząc je do małej izby.
- To nie widok dla was kochane, wujkowi coś się stało, widać Dusiołek dobrał się do niego i ukarał za grzechy. Idźcie do izby, przeczekajcie najgorsze. – To mówiąc zamknęła drzwi przed nosami dziewczynek. Do ich uszu docierały szlochy i szuranie przenoszonych rzeczy. Wszystko działo się jak we śnie.
- Han… - lękliwie zapytała Łucja.
- Hmm?
- Myśmy go zabiły.
- Owszem.
- I mówisz to tak spokojnie? – dziwiła się przyjaciółce.
- Przecież tak postanowiłyśmy.
- Ale ja nie chciałam…
- Co? – niemal krzyknęła – mówiłaś przed chwilą co innego.
- Ale ja tylko tak…
- Ja nie rzucam słów na wiatr.
- Zabiłaś go – Łucja niemal płakała.
- Ja? Nie, ja nie. Ty chciałaś go zabić, ja spełniłam tylko twoje życzenie.
- Nie zwalaj winy na mnie!
- Oni się dowiedzą, że to przez nas. – jęczała żałośnie
- Spokojnie, spokojnie. Wszystko będzie w porządku – Hanna siliła się na odrobinę współczucia – wujka pochowają, a wszystko wróci do normy. Zobaczysz. Kto by nas podejrzewał? Daj spokój.
- Oby – szepnęła skulona w kącie blond piękność.
- Chociaż….
- Co?
- Może lepiej dla nas byśmy uciekły.
- No ale gdzie?
- Do starej chaty po wiedźmie w lesie, nad wioską, tam nas nikt nie znajdzie.
Hanna nie tracąc czasu zaczęła biegać po izbie i zbierać wszystko, co mogło im się przydać w opuszczonej ponad pięćdziesiąt lat temu chacie. Gdy miała już gotowy tobołek wymknęły się po cichu z izby i niezauważenie wyszły na dwór. Pobiegły do domu Łucji by i ta zabrała co jej niezbędne, a następnie pobiegły do ciemnego lasu. Księżyc schował się za chmurą, dziewczyny nie widziały nic dookoła, jedynie wąskie światło łuczywa dawało im jako tako poczucie orientacji. Co chwilę szarpały się z gałęziami drzew, które uparcie czepiały się ich sukni. Wreszcie dotarły do opuszczonej chaty. Dom ledwo się trzymał, wiek pochylił go na tyle mocno, że dach z prawej strony niemal dotykał ziemi.
- Tu mamy mieszkać? – Łucja nie chciała dać wiary pomysłom przyjaciółki.
- Co w tym złego? – zapytała z błyskiem w oczach, choć i jej nie uśmiechało się spędzenie nocy w domu który mógł się w każdej chwili zawalić. Niepewnie weszły na spróchniały ganek i otworzyły drzwi. Rozpaliły w środku zabrane łuczywa i uprzątnęły pomieszczenie z belek, które pospadały z dachu i pajęczyn oplatających właściwie wszystko jak gęstą sieć. Wreszcie zmęczone, ale i rozgrzane pracą położyły się do snu na z lekka przegniłym sienniku. Hanna czuła jak jej towarzyszka drży i zapewne nie tylko z zimna.
- Wszystko będzie dobrze – rzuciła w powietrze.

***
Nazajutrz obudziły je dźwięki dochodzące z podgrodzia. Krzyki, szczęk metalu i syk płomieni… Zerwały się z łóżka i spojrzawszy po sobie wybiegły na dwór. Zatrzymały się dopiero na skraju lasu. Ich oczom ukazał się straszliwy widok. Mnóstwo chałup płonęło, na drogach grasowali jeźcy w zbrojach.
- Jaćwingowie.
Sama nazwa budziła grozę.
Nur(4) było grodziskiem położonym na skraju państwa, zawsze było narażone na najazdy nieprzyjaciół, a zwłaszcza teraz, gdy rozbicie dzielnicowe budziło w możnych uśpione pragnienia władzy i bogactwa. Był rok tysiąc dwieście osiemdziesiąty dziewiąty, Nur miało za sobą wiele starć z wrogiem, ale takiej bitwy dziewczęta nie pamiętały. Grodzisko zdawało się jedną wielkim chaosem a, jęki i błagania ludzi raniły uszy. Nie dało się na to spokojnie patrzeć.
- Idź do chałupy – nakazała Hanna.
- A ty? Nie idziesz ze mną?
- Nie, mam tu coś do załatwienia. – odparła nienawistnie.
Łucja widząc zacięcie w twarzy przyjaciółki wolała z nią nie dyskutować i posłusznie wróciła do walącej się chaty.
Hanna zbiegła trochę bliżej grodu, wyciągnęła ku niemu dłonie i przekrzykując huk bitwy wypowiadała nieznane słowa z zamierzchłych lat. Nie wiedziała skąd się to u niej bierze, słowa same napływały jej do ust, a z jej wnętrza wypływała potężna siła.

Na południu grodziska, młody wojownik siedział na koniu rozglądając się za jeszcze niesplądrowanym domem. Nagle ujrzał jak rzeka oplatająca gród z tej strony wzbiera i burzy się. Na jego oczach wystąpiła z brzegów i zaczęła ogromną falą płynąć ku niemu. Ruszył z kopyta szukając drogi ucieczki. Na drodze napotkał wspólników, którzy uciekali w popłochu również z wschodniej i północnej części grodu. Widać rzeka wystąpiła z brzegów jak na wiosenne roztopy oplatając Nur, na szczęście pozostawała jeszcze jedna droga ucieczki – zachód był czysty, droga do domu stała otworem. Jak szaleni pędzili co koń wyskoczy.
Mieszkańcy grodu nie mogli się nadziwić zachowaniu najeźców. Pokonali ich niemal doszczętnie i nagle nie wiedzieć czemu zostawili wszystkie łupy uciekając na złamanie karku.
Hanna powoli opuściła ręce. Złośliwy uśmiech igrał jej po wargach.
- Łucja! Łucja! Możemy wracać.

***
Leśną drogą podążały do domu dwie postacie. Szły niepewne tego co zastaną, wszakże Hanna nie zdążyła obronić miasta przed nieszczęściem. Bliżej lasu był położony dom Hanny, więc do niego weszły najpierw.
W dużej izbie krzątała się zapłakana matka.
- Co się stało mamo?
- Haniu! -Matka podbiegła i przytuliła córkę – Tak się o Ciebie bałam, gdzie się podziewałyście? – nie czekając na odpowiedź, ciągnęła dalej – Ojciec twój został zaatakowany, jest ranny, leży w izbie, on… on umiera – ostatnie słowa wyszeptała z wielkim bólem.
Hanna poszła we wskazane miejsce, a za nią i Łucja. Stanęła w kącie, nie wiedząc za bardzo, co ma robić.
Ojciec leżał w ich wspólnym łóżku, przykryty pierzyną chorobliwie dygocząc z zimna.
- Dobrze że jesteście wszyscy –powiedział z trudem, patrząc na troje swoich dzieci.
W nogach łóżka siedział straszy już osiemnastoletni Chranimir, a obok dopiero, co uznany za syna Silimir. Teraz dosiadła się do nich i Hanna, patrząca z zatroskaniem na ojca.
- Przyszła na mnie pora, a nie zdążyłem wam powiedzieć jeszcze najważniejszego. – zrobił chwilę przerwy, poczym podjął znowu – Moi mili, wychowaliście się w Nurze i ja też, ale nie pochodzimy z tych stron. Dawno temu mój ojciec, a wasz dziad przywędrował tu wraz ze swoimi braćmi. Byli oni ludźmi wędrownymi. Nie zakładali własnych domów i nie budowali zagród. Podróżowali po ziemi pomagając innym, także zwierzętom i przyrodzie. Leczyli rany i wróżyli przyszłość. Kiedy przechodzili tymi ziemiami pomagając mieszkającym tu ludziom, mój ojciec zranił się tak głęboko że wydawało się że przejdzie już do krainy Nawii(5). Nasi krewni musieli iść dalej, zostawili go więc u dobrych ludzi płacąc darami w zamian za opiekę nad chorym. Nikt nie wie, jakim cudem, ale dziad wasz ozdrowiał i wróciły mu siły. Nie wiedział gdzie poszli jego bliscy, a że był już stary postanowił zostać w podgrodziu. Tak się stało, że po pewnym czasie poznał kobietę, którą pokochał. Pobrali się i urodziłem się im ja. Więcej dzieci nie mieli, bo jak wam mówiłem mój ojciec był już stary. – Chwilowa słabość odjęła mowę choremu. W izbie panowała przejmująca cisza. Dzieci zasłuchane w słowa ojca, nie do końca pojmowały powagę chwili. - Ja również nigdzie nie wyruszyłem, - podjął opowieść – zostałem kowalem i całkiem nieźle mi się wiodło. Nie czułem potrzeby by wyruszyć na poszukiwanie grupy, która już dawno zapomniała o istnieniu mojego ojca. Ożeniłem się z waszą matką i urodziliście się wy. O moich korzeniach zapomniałbym zupełnie gdyby nie Hanna.
- Ja? – spytała zdziwiona.
- Tak kochanie – uśmiechnął się czule do córki – ty zawsze byłaś inna, szalona i nieposłuszna. Ale nie to zwróciło moją uwagę. Zawsze przy tobie działy się jakieś dziwne rzeczy. Mam rację?
Hanna była zaskoczona nagłym zdemaskowaniem. Spuściła niewinnie oczy i tylko nieśmiało potaknęła.
- Tak też myślałem. Widzicie – zwrócił się do wszystkich – w naszym rodzie przychodzi na świat w każdym pokoleniu ciota(6). Prowadzi i chroni całą grupę, najczęściej też pomaga spotkanym ludziom. Dlatego bardzo się zmartwiłem gdy odkryłem, że w tym pokoleniu to moja córka wykazuje magiczne zdolności. Oznacza to przecież, że nasi krewni w drodze nie mają następnej czarownicy i są częściowo pozbawieni ochrony. Dlatego wy musicie…
- Ależ ojcze – przerwał Chranimir – w jaki sposób my mielibyśmy ich odnaleźć, skoro i ty i ojciec nie wędrowaliście za nimi. Przecież mogą być teraz wszędzie!
- Wiem synu, ale to sprawa najwyższej wagi. Wiem od ojca, że ruszyli na południowy zachód, więc i wy musicie w tamtym kierunku się udać.
- Też mi precyzja – szepnęła pod nosem Hanna.
- Gdy odchodzili zostawiając tu waszego dziada, zostawili mu amulet by go ochraniał. – kowal wyjął spod pierzyny mały bursztyn na rzemieniu.
Pochylili się nad ozdobą.
- Tam coś jest – podjął zaaferowany dziewięcioletni Silimir
- Tak, chyba włosy – zgadywała Hanna.
- Zgadza się, to są włosy. I to nie byle jakie. Dawno, dawno temu, kiedy to jeszcze na naszej ziemi był tylko nieprzebrany las, a jedynie garstka ludzi włóczyła się po nich, wtedy wówczas żyła niezwykłej mocy stara ciota. Nikt nie pamiętał kiedy się urodziła, wydawało się, że istniała od zawsze. Jednak i jej los dobiegł końca. Gdy umierała odcięła sobie pukiel włosów i puściła. Wtem porwał go wiatr, a spadająca z drzewa żywica oblała gęstym płynem. Nikt nie widział co się stało, ale pukiel zniknął. Ponoć wiedźma zarechotała paskudnie i rzekła, że znajdą go na brzegu morza. Tak też się stało. Po śmierci cioty, nad wielką wodę, do której z resztą nie mieli tak daleko, wyruszyło kilku śmiałków. Na plaży odnaleźli bursztyn, który dopiero co oddało morze. – ojciec delikatnie obracał w dłoni delikatny klejnot – Tak amulet ten, przechodził z rąk do rąk z pokolenia na pokolenie chroniąc tych którzy go nosili. Dziś oddaję go tobie Hanno. Niech cię i braci twoich prowadzi we właściwą stronę, a gdy dotrzecie do rodziny posłuży za dowód waszego pochodzenia. – Mojmir włożył w ręce córki amulet, poczym próbował wykonać gest, jakby chciał zawiesić na jej szyi rzemień, lecz upływ krwi go tak osłabił, że nie starczyło mu na to sił. Hanna umieściła bursztyn na właściwym miejscu. Ciążył jej na piersi jak wielki głaz. Ukryta w nim musiała być zaiste potężna.
Ojciec uśmiechnął się pobielonymi ustami.
- Chcę was jeszcze pobłogosławić.
Dla osłabionego organizmu było to zbyt wiele. Gdy odłożył rękę od najmłodszego syna, powieki opadły mu, a płuca wydały ostatnie westchnienie.
Po dwóch dniach rodzina Hanny stała na polanie w lesie naprzeciwko gasnącego ogniska. Smród niósł się okropny, ale nawet młoda ciota nie była skłonna do kaprysów. Kiedy ogień ostatecznie wygasł zebrali popiół go naczynia i przenieśli je w milczeniu na wcześniej wybrane miejsce. Tam też usypali z drewna i kamieni kurhan dla zmarłego ojca.
***
Dni które potem nastały były nieznośnie milczące. Dzieci w ciszy pakowały się do drogi. Nikt się nie śmiał, nit nie cieszył z wyprawy. Minął tydzień i wydawało się, że już wszystko co potrzebne zostało zapakowane. Nie pozostawało więc zbyt wiele argumentów by pozostać w domu. Wszakże każdy dzień się liczy.
Ósmego dnia po pochówku Mojmira do chaty zmarłego przyszła Łucja. Stała niepewnie przed Hanną, która winiła ją za śmierć ojca, bo przecież zrzuciła figurkę Swaroga na dzień przed tragedią.
- Wiesz, ja tak sobie myślę czy nie mogłabym pójść z wami. Bo wiesz, od śmierci wuja w domu nie mogę sobie znaleźć miejsca i wszystko mnie dręczy.
- Widać zadłużyłaś sobie na to. – odparła nieczule.
- Hanno, ja naprawdę chcę iść z wami. Już nawet spakowałam rzeczy.
- A po co? Ta podróż nic przyjemnego, dużo trudu, jeszcze więcej głodu i zimna. Chyba że – przekręciła głowę przyglądając się przestraszonej twarzy Łucji – chyba że coś, a raczej ktoś inny pcha cię do tej decyzji – zachichotała lubieżnie. – czy aby mój brat nie przypadł ci do gustu?
Na te słowa Łucja oblała się purpurą, zdradzając prawdziwe intencje chęci wędrówki.
- Chranimir, Chranimir! – zawołała w głąb izby –Łucja chce z nami iść, co ty na to? Mówi nawet, ze już się spakowała.
Młoda panna pochwyciła Hannę za ramię
- Przestań, proszę cię, nie dręcz mnie, co ja teraz powiem.
- Dlaczego ma iść z nami w nieznane? – zapytał Chranimir wyłaniając się z cienia.
- Bo ponoć źle jej w domu – miłosiernie odrzekła siostra.
Obiekt westchnień wzruszył ramionami
- Jeśli chce, niech idzie.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Młodzi Literaci Strona Główna -> Opowiadania, powieści Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Strona 1 z 1

 
Skocz do:  
Możesz pisać nowe tematy
Możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2002 phpBB Group
Regulamin